Internet, IT, SEO, Finanse, Design w przystępny sposób

Strona główna > Na Luzie > O tym jak przykłady akademickie nie zawsze sprawdzają się w praktyce...

O tym jak przykłady akademickie nie zawsze sprawdzają się w praktyce...

Czwartek 20 czerwca 2013, przez admin

...czyli notka dygresyjna :)

Czytałem sobie dzisiaj "Nieśmiałość" w poszukiwaniu wiedzy o mnie samym. Czytam od środka, ale nadal z części pierwszej. Jest tam taki przykład, jak porozmawiać z piękną, nieznajomą kobietą nakierowując temat rozmowy na nieśmiałość. Przeczytałem i pomyślałem sobie "genialne! dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłem?", w końcu "nieśmiałość - życie i twórczość" to mój ulubiony temat z "Wielkiej gry", jestem w tym ekspertem, mogę gadać godzinami.

Dzisiaj po 19tej wsiadłem sobie do metra i ruszyłem w kierunku Kabat. Oczywiście z Zimbardo w rękach. Na Polu Mokotowskim albo na jednym z następnych przystanków między 19:20 a 19:40 do mojego przedziału wsiadły dwie osoby: piękna kobieta ubrana na biało oraz starszy mężczyzna.

Zostawmy na razie kobietę w spokoju, żeby notka nabrała odrobinę dramatyzmu. Mężczyzna był starszy, wyglądem podobny do Jerzego Hoffmana, tylko znacznie młodszy. Akcent lekko wschodni. Charakter zdecydowanie śmiały, pogodny, momentami zabawny. Miał siwy, krótko przycięty zarost. Był to człowiek zdecydowanie z własną filozofią życiową.

Wróćmy do niewiasty. Kobieta piękna, ale to już mówiłem. Właściwinie nie wiem, co mnie urzekło - czy to, że zachowywała się bardzo kobieco (te delikatne, jakby naturalne odrzucanie włosów z ramion, ech :)) czy może to, jak była ubrana. Miała biały golf, białą kurtkę (tego nie jestem pewny), białą spódniczkę, białe rajstopy i białe, bardzo wysokie, niemal do kolan skórzane kozaki z cholewami (chyba tak do się nazywa) zakończonymi na czarno. Miała cudowne gesty twarzy, takie których jeszcze nie widziałem. Włosy koloru blond.

Czułem się "rzucony na kolana" ;) Spojrzałem na nią i jakbym zamarł. Musiałem chyba komicznie wyglądać, bo dziewczyna od razu przestała na mnie patrzeć, a jakieś osoby siedzące przede mną (a zatem twarzą do peronów) wybuchnęły śmiechem i jeszcze długo na mnie zerkały kątem oka, śmiejąc się ukradkiem.

Starszy mężczyzna usiadł z mojej prawej strony, kobieta stała po mojej lewej stronie.

Przełknąłem ślinę i nagle usłyszałem w moich myślach alarm: "chłopie, przecież ty siedzisz na dwóch miejscach, a kobieta stoi!". Natychmiast zająłem przepisowo swoje miejsce. Zrobiłem to jakoś tak nagle, że dziewczyna chyba zauważyła, że bardzo zależy mi, żeby obok mnie usiadła. Niestety zrobiłem to bardzo niezdarnie, bo nadal zajmowałem część jej miejsca. Wszystko oczywiście przez to, że mężczyzna z prawej strony również siedział na moim miejscu.

Na szczęście zlitowała się nade mną i usiadła obok. Zostałem sparaliżowany. Oczy w książkę i udaję, że nadal czytam.

Tutaj należy wspomnić, że gdy jeszcze stała pokazałem jej, mniej lub bardziej świadomie, okładkę mojej książki.

Wracając do mojego paraliżu. Wiedziałem, że to musi się udać. Jedyne co miałem zrobić, to tak rozpocząć rozmowę, żeby możliwie najszybciej przejść do nieśmiałości.

Patrzyłem na książkę, zerkałem na śmiejących się ze mnie ludzi siedzących na przeciwko, sam trochę się z siebie śmiałem i z tej sytuacji.

Co jakiś czas zerkałem na prospekt reklamowy (chyba firmy, której pierwsza litera nazwy to "i"), który trzymała w ręku, ale byłem tak zestresowany, że nie jestem w stanie odtworzyć teraz, czego dotyczył. Myślałem sobie: teraz albo nigdy. Pewnie nigdy nie zostanie moją żoną, ale wiedziałem, że muszę się wreszcie przełamać i o czymś porozmawiać, choćby to miała być najbardziej nudna rozmowa, jaką kiedykolwiek przeprowadziłem.

Dziewczyna chyba wyczuwała w jakim jestem stanie, ale czekała jak gdyby nigdy nic - w końcu to ja jestem tutaj mężczyzną.

Jak u Czechowa, starszy pan, skoro się już pojawił, musi odegrać jakąś rolę w tym wydarzeniu. Spojrzałem w szybę i zauważyłem w odbiciu, że ów mężczyzna niepokojąco interesuje się moją lekturą, zaglądając zza ramienia.

Wiedziałem, że musi się coś stać i stało się. Pan zainicjował przedziwną rozmowę. Do tej pory nie wiem, na jaki była temat. Z jednej strony chciałem pokonać niesmiałość i odważnie poprowadzić z nim pogawędkę, z drugiej strony chciałem wreszcie skoncentrować się na mojej wybrance i przejść do działania.

Pan mówił długo i długo, a ja słuchałem i słuchałem. Co jakiś czas przytakiwałem, chociaż zupełnie nie wiedziałem o czym mówi. Nie słyszałem lub nie rozumiałem co trzeciego wypowiedzianego słowa, ale mimo wszystko udawałem, że rozumiem. A rozmowa była przedziwna.

Mężczyzna przedstawiał swoją teorię na temat zmysłów wzroku, słuchu, "Pasji" (sic!,chyba), głupocie ludzkiej, systemie kształcenia na wyższych uczelniach, roli kobiet w dziejach ludzkości, inteligencji plemnika i poruszył jeszcze kilka innych wątków. Najgorsze było to, że co jakiś czas zadawał mi jakieś pytania, a ja zgadywałem odpowiedzi. Dowiedziałem się też o znaczeniu nazwy "oczy", która sama w sobie ma budzić zdziwnienie, bo przecież składa się z: "o!" oraz "czy". Było też "niebo" jako "nie, bo". Nie pytajcie mnie, proszę, o szczegóły, boja niewiele z tego zrozumiałem.

Cały czas myślami byłem z moją kobietą siedzącą po mojej lewej stronie, podczas, gdy nie mogłem nawet na nią sobie spoglądać, żeby nauczyć się jej na pamięć. Pewnie już nigdy jej nie zobaczę, szkoda. Wysiadła pewnie na jednym z ostatnich przystanków. Ja wysiadłem wcześniej, z trudem kończąc rozmowę.

Wstałem i podszedłem do drzwi wyjściowych. Spojrzałem ostatni raz na białą kobietę, ta spojrzała na mnie i uśmiechnęliśmy się do siebie. Wysiadłem. Poczekałem jeszcze chwile, aż pociąg ruszy spoglądając na nią z zewnątrz. Odjechała. Z tego, co widziałem poprowadziła za mnie dalszy ciąg tej pasjonującej rozmowy :)

Ciekawe, czy ja kiedyś jeszcze spotkam, ale przyznacie mi chyba, że to było niezwykłe wydarzenie.