Internet, IT, SEO, Finanse, Design w przystępny sposób

Strona główna > Ciekawostki > Lotnisko we Frankfurcie

Lotnisko we Frankfurcie

Niedziela 12 maja 2013, przez admin

Zdarza mi się od czasu do czasu powiedzieć coś niezbyt mądrego. Najgorsza jest ta mina konsternacji u rozmówcy(-czyni), trwa średnio od 37 do 1567 milisekund. To czas wystarczający, żeby krew uderzyła do głowy, a mięśnie przy czaszce (te same, które są odpowiedzialne za te drobne ruchy uszami) uległy silnemu napięciu.

Teraz już umiem w miarę szybko (średnio w połowie czasu) rozładować całe napięcie, ale nie z każdym mi się to udaje. Najprościej robi się to tak:
- Widzę przerażenie w Twoich oczach.
- Rozczarowałaś się mną? (to działa rewelacyjnie, bo rzadko kiedy konsternacja jest tak silna, żeby się mną rozczarować, a po takiej kwestii rozmówca sam czuje się zagubiony, że zdradził po sobie coś, czego nie chciał)

Dobry efekt daje też podniesienie brwi do góry, a dla bardziej doświadczonych ;-) podniesienie jednej z brwi jedno lub dwukrotnie, co na ogół powoduje rozbawienie :-)


Z zupełnie innej beczki. Metro mam już od dawna oswojone. Mogę stać, siedzieć, spać, ziewać, niezdarnie zjadać bułkę, śmiać się, płakać (no z tym to może nie jest tak do przodu) i wszystko mi jedno, nie przejmuje się tym, co inni sobie pomyślą. Jeżdżę też paroma autobusami, w których też czuję się, jak u siebie.

Wystarczy jednak, że zmienię linię, albo tą samą przejadę nowy kawałek albo zmienię miasto, czy państwo, a od razu czuję się tak, jakbym miał na czole wypisane: "on jeździ 512 pierwszy raz", "on jest tym z 401", "on jest tu obcy". W takich miejscach przyjmuję zasadę nie rzucania się w oczy: nie jem, nie nucę pod nosem, nie oddycham zbyt głeboko, nie opieram nogi o ścianę, nie zajmuję miejsca siedzącego staruszkom, nie śmieję się do siebie, nie śpię itp.

Czasami tylko przychodzi mi na myśl, że to wszystko nie tak, że Ci wszyscy ludzie z 512 równie dobrze mogliby jechać 401 i że oni naprawdę nie interesują się moim losem, i że nawet jeśli jakaś staruszka zrobi mi awanturę, że nie mam szacunku dla starszych, to nadal wszystko jest w porządku i nadal mogę wyjść z autobusu z głową podniesioną do góry, bo żaden komentarz w moim kierunku nie staje się moim piętnem.

I z jeszcze innej beczki. Moja siostra wyleciała hen, hen (jak znam swoje szczęście z czasów pisania dyktand, to pewnie pisze się to przez "ch" :-)) bardzo daleko stąd i na długo. Teraz już się jakoś trzymam, ale przez ostatnie dni bardzo ten wyjazd przeżywałem.

Sporo było w tym żalu, że tak długo nie będę jej widział, ale głównie mój smutek opierał się na tym, że wyobrażałem sobie siebie zagubionego na jej miejscu i wyobraziłem sobie ją, że musi (chociaż tak naprawdę nie musi, bo jest jednak ode mnie znacznie bardziej dzielna) przeżywać to samo.

Jestem z niej dumny, że się odważyła na taki krok, ale z drugiej strony (wiem, że nadużywam tę drugą stronę :-)) to było trochę jakby wbrew niej samej. Nie wiem, czy chciała tam jechać. Może na początku, ale pod koniec to raczej głupio (dlaczego głupio?) było się wycofać.

W domu przed wyjazdem starałem się rozładowywać napięcie i nie stwarzać niepotrzebnych dodatkowych. Tak więc zadbałem o to, żeby nie poleciała z jednym konwerterem do gniazdek (chociaż z jednym by było oszczędniej), postarałem się o jakiś użyteczny słownik angielsko-polski (i nazad - uwielbiam to sformułowanie, jest tak cudownie niepoprawne :-)), wszystko obracałem w żart, bagatelizowałem konieczność zaliczenia wszsytkich przedmiotów (mimo, że w domu stawiane to było niemal za punkt honoru), ośmieszałem wszystko co sztuczne, ciężkie i stanowiące zupełnie zbyteczny balast. Chciałem, żeby siostra pojechała tam jak na wakacje, żeby miała świadomość, że moze wrócić nawet po jednym dniu, jeśli tylko jej się tam nie spodoba i mam w dupie, co rodzina, znajomi sobie o tym pomyslą (nie wiem, czy to nawet dla kogokolwiek było istotne, ale postanowiłem, że na wszelki wypadek zadbam o to, żeby dla nikogo nie było).

Prędzej czy później czeka mnie mój pierwszy lot samolotem. Wierzcie mi, że perspektywa przebywania na jakiejkolwiek wysokości nad ziemią nie jest nawet w najmniejszym stopniu tak stresująca, jak konieczność znalezienia siebie (i bagażu) na którymkolwiek z lotnisk tego świata. Obecnie najbardziej mnie przeraża to we Frankfurcie, chyba zbyt często ostatnio o nim słyszę. Znam już adres interentowy tej instytucji, ale aż boję się tam zajrzeć, żeby się jeszcze bardziej nie przerazić :-) Uznałem jednak, że muszę się z nim zmierzyć najpierw wirtualnie, tak żeby, w razi jakbym się kiedyś na nim znalazł, poczuł się jak u siebie w domu.

Wizyta w kinie to drobiazg w porównaniu z wizytą na lotnisku. Na razie zobaczyłem jak to jest na takim małym, polskim lotnisku międzynarodowym. Niby prosto: najpierw bagaż, a potem paszporty. Ale cóż, w bagażu może być nadbagaż, i nie wystarczy mój urok osobisty, trzeba będzie zamienić parę zdań. Przy paszportach też nie zawsze wystarczy się uśmiechać. Jakoś to będzie, jeśli macie jakieś cenne wskazówki dotyczące lotnisk, lotów itp. to zawsze są mile widziane :-)

Czy można kobiecie powiedzieć, że "potrafi podcinać skrzydła"? Pozwoliłem sobie ostatnio na taką szczerość, sam dokładnie nie wiedząć, co chciałem tym wyrazić, ale że nie byłem w stanie wymyślić nic bardziej sensownego, a głupio było milczeć, więc powiedziałem, co mi przyszło do głowy.

Śniła mi się kilka dni temu Magda. W śnie starałem się grać rolę luzaka, który nie przejmuje się przeszłym uczuciem. Powiedziałem jej cześć, spytałem co słychać i przez całą resztę snu ją ignorowałem, tak żeby manifestować, jak bardzo jest mi obojętna.

Od jakiegoś czasu boje się spotkania jej po latach, bo wiem, jak silne emocje we mnie wzbudza. A tutaj wystarczył jeden sen i efekt jest ten sam. To najlepszy dowód, jak silnie podświadome, nawet zapomniane zdarzenia mogą wpływać na zachowanie organizmu. Ja już naprawdę zapominałem, jak ona wygląda. W śnie też jej dobrze nie widziałem, ale poznałem ją po tych silnych uczuciach, jakie we mnie rodzi.

To wszystko jest jakieś dziwne. Ona naprawdę nie wygląda tak, jak kobiety lansowane w gazetach dla pań, czy tym bardziej panów. Nigdy nie była obiektem uniesień erotycznych. To była taka czysta fascynacja, działająca jak narkotyk. Do tej pory nie potrafię się uniezależnić od takich doznań.

I naprawdę nie wiem, jak się człowiek czuje, gdy jest zakochany. Chciałbym, żeby moje przyszłe zakochania były równie ekscytujące. Inaczej nie potrafię.

Jest kilka kobiet, które są dla mnie bardzo atrakcyjne i interesujące zarazem. Pięknie jest poflirtować, o ile to, co mi się zdarza, można tak nazwać, ale w moim wydaniu to zawsze jest taki asekuracyjny flirt - zostawiam sobie otwartą furtkę, żeby zdążyć uciec.

Nie wiem, jak to się robi, że zwykła fascynacja kobiecym wyglądem przeradza się w silne uczucie. Może w ogóle to działa tylko w drugą (albo inną) stronę?

Boże! Potrzebuję kobiety! (ciekawe, czy to jest już inwokacja? ;-)) Kobiety z temperamentem (wbrew pozorom mam go wiele :-)), ale jednocześnie takiej, która potrafiła będzie okiełznać moje zmysły by dać szansę sferze uczuć.

To może teraz dyskretna zmiana tematu :-) Kupiłem sobie dzisiaj dwa soki. Nie wiedziałem wcześniej, że można takie pić. Jeden jest bananowy (i smakuje jak banany), a drugi ze śliwek węgierek (i też tak smakuje). Dotychczas kupowałem tylko sok grejpfrutowy bez cukru. To miła odmiana.

Dziękuję za miłe słowa po reportażu. To był dla bardzo ważny etap w życiu - coś w rodzaju rozliczenia się z przeszłością, gdy był nagrywany. Od tego momentu sporo się w moim życiu zmieniło, między innymi dzięki temu, że postawiłem sobie taką grubą kreskę w moim zyciorysie gdzie w okolicach 25 rocznicy urodzin. Następne 25 lat będzie należeć do mnie. Dzięki Paweł :-)

W zeszłym tygodniu zdałem (na trzy) mój ostatni egzamin na studiach doktorankich. Formalnie zostało mi tylko seminarium z filozofii/ekonomii oraz seminarium doktoranckie, w ramach tego ostatniego powinienem był przygotować przez ten rok jedną publikację, ale nie zrobiłem nic w tym kierunku. Paraliżowała mnie jednak perspektywa wyjazdu na konferencję miedzynarodową, więc żeby tego uniknąć nie przygotowałem się. Drugim ważnym, a pewnie najważniejszym, motywem było to, że zupełnie nie czułem się na siłach, żeby podejmować się takich wyzwań. To po prostu nie jest dla mnie. Radość z wygłoszenie referatu, czy nawet z faktu uzyskania tajemniczego "dr" przed nazwiskiem nie byłaby na tyle głęboka i obszerna, żeby była w stanie zrekompensować stres z nim związany.

Może kiedyś spróbuję jeszcze raz, ale nie wcześniej niż za 10 lat, a już na pewno nie zamierzam nawet umieszczać tego w planach. Jeśli to zrobię, to uczynię to dla siebie.

Studia ze mnie zrezygnowały, a ja tym samym odzyskałem jakieś 30 % udziałów mojego życia. Zainwestuję je jakoś inaczej. Może nawet zmarnuję, ale zrobię to samodzielnie. To ja decyduję o sobie.